coś, co jest dobre. Co ma dobry smak. Co ma go w ogóle. Na poziomie wyczuwalności. Myślę, że powinnam zainwestować w siebie. W to co jem, bo tym przecież jestem. Niczym innym. Dobitnie pokazuje to cała moja fizjonomia.
Moja fizjonomia pokazuje, że mnie nie ma już prawie.
A naprawdę, coś bym zjadła. Troche kompulsywne to moje jedzenie. Wszystko, albo nic. Nic zwłaszcza rano i w ciągu dnia, a wszystko, zwłaszcza w nocy. W bardzo dziwnych konfiguracjach. One mi oczywiście nie służą, te konfiguracje.
Na ogół obiecuje sobie, że tego wieczora nie zrobię śmietnika z własnego żołądka. Obiecuje, obiecuje, a potem to się samo robi. Nie z głodu, raczej z potrzeby czucia smaku. Jakiegokolwiek, ale najlepiej ostrego i mocnego. Szkoda, że nie ma gum do żucia o smaku papryki, albo sera z cebulką. I szkoda, że nie ma tu chipsów z octem balsamicznym. Oj szkoda...
Ale może to i dobrze, z drugiej strony. Cera moja cieszy się.
Cera moja nie przeżywa już okresu dojrzewania, ale jakieś uczulenie mi wyskakuje. I boli. I to niemiłe. Chwilowo jestem na etapie "pantenol na twarzy". Średnie uczucie, a widok, hmmm.
Ale czym ja się przejmuje. Nikt i tak nie widzi...ciekawi mnie, czy bym się tak pokazała, ludziom, na oczy. Teraz. Bo kiedyś, to właśnie sobie wczoraj przypomniałam, że owszem, cała w panthenolu biała konwersy wakacyjne uprawiałam, w miejscach publicznych. Ale to zdaje się było, jakoś na Litwie, lub Łotwie. Słońce było nieziemskie, nieprawdopodobnie parzyło. I jakoś panthenol na nogach, rękach i twarzy mi i ludziom nie przeszkadzał.
A teraz, jak to by było teraz? Grać, czy nie grać? Udawać, pozować, nie pokazywać prawdy? I czym jest prawda? Może bycie z kimś sprawia, że prawda jest inna, niejednostkowa. Może teraz zachowuje się prawdziwie i przy kimś zachowywałabym się prawdziwie - mimo, że byłyby to inne zachowania? Coś, co z punktu widzenia teraz mogłoby być "udawaniem", w innej kompletnie sytuacji byłoby "przystosowaniem"?
Idę, może zjem łyżeczkę angielskiej musztardy, ona ma mocny i ostry smak...