środa, 11 lutego 2009

Byt i nie-byt.



Bycie prostym nie jest. Raczej to mało odkrywcze, ale lepiej odkrywać małe światy, niż czekać na niewiadomo co.

W niedziele o nieludzkiej 8 rano byłam na ursynowskim osiedlu. Kręciłam się po nim tylko odrealniona ja, i ludzie idący, zdaję się do Kościoła. Fajna sprawa, tak czasem zauważyć, że ludzie normalnie, z własnej i nieprzymuszonej woli coś robią wtedy, kiedy ja w zupełnie innej konfiguracji robię coś w wielkim przymusie i ogromnym wysiłku.
Na pierwszej przerwie mojej aktywności wewnątrz-blokowo-ursynowskiej wyszłam znowu na osiedle, na którym w dalszym ciągu nic sie nie działo, nie było nawet ludzi idących w mojej fantazji do i z Kościoła (bo gdzie można tak sobie spacerować, nad ranem...)
Przeszłam się po osiedlu, doszłam do placu zabaw, gdzie zobaczyłam ojca z dwoma różowymi dzieciaczkami, wyszło mi więc, że to córki.
No tak, w niedziele o 9:30 wychodzą z domu tylko rodzice małych dzieci - bo dzieci dotleniać trzeba, a poza tym rozrywek dostarczać także.
I tak sobie uruchomiłam struktury poznawcze reflekcją, że dzieci się bawią, bo nic lepszego dla nich nie ma póki co. Ale wcześniej sie nie bawiły, albo nie bawiły sie takimi zabawkami, albo na takich placach zabaw. I teraz one biorą, co jest. Wcześniej brały co innego. I pewnie za jakiś czas będą zajmowały się czymś innym, ciekawym i rozwijającym. Tzn kolejne pokolenia, jeśli im stworzymy warunki....natomiast pokolenie któremu sie w niedzielę przyglądałam, raczej nie zajmie się niczym ciekawym i rozwijającym - takie życie. Taki byt.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz